Brak matki, co robić. O książce „Bezmatek” Miry Marcinów

Brak matki, co robić. O książce „Bezmatek” Miry Marcinów

Opowieść Miry Marcinów czyta się z wypiekami na twarzy. Jej debiutancki „Bezmatek” przekracza największe współczesne tabu. Nie chodzi bynajmniej o seks. Tylko o śmierć i żałobę.

Bezmatek oznacza ul, w którym zmarła pszczela matka. Mira Marcinów podczas swojej żałoby po śmierci matki natrafiła na to pojęcie w internecie, gdy wpisała w wyszukiwarkę frazę „brak matki, co robić”. Podczas bezmateczności pszczoły głośno wyją i wysoko podnoszą odwłoki. Często zdarza się, że pszczele rodziny bez matki umierają. Tylko czasami udaje się je odratować za pomocą „zapasowej” matki. Jednak narratorka „Bezmatka” takiej zapasowej matki nie miała.

Ta książka nie jest klasyczną powieścią. To rodzaj prozatorsko-eseistycznej hybrydy, składającej się z zapisków wspomnień, obserwacji, myśli. Ze swoimi matkami w ostatnim czasie w podobny sposób (chociaż w nie aż tak nieuczesanej formie) żegnali się Marek Bieńczyk i Marcin Wicha. Czyli synowie z matkami. Ten pierwszy o debiucie literackim Marcinów napisał, że „po tej lekturze trudno wrócić do siebie”. To prawda. Trudno też od „Bezmatka” się oderwać. Sprawą komplikuje fakt, że bardzo szybko się go czyta. Książka ma zaledwie 256 stron, poza tym na niektórych stronach znajdujemy jedno lub kilka zdań. Autorka nie ukrywa, że pracowała nad tą książką w trudnych warunkach, z dwójką dzieci w domu. Podczas karmienia włączała tryb samolotowy w telefonie i pisała, często jedną ręką. Niesprzyjające warunki pracy zaowocowały literaturą ostrą jak brzytwa, intymną, pełną anegdot z lat dziewięćdziesiątych, czyli czasów dojrzewania narratorki.

Uderza w „Bezmatku” samotność głównej bohaterki. Po lekturze chce się powiedzieć, że człowiek nie tylko sam rodzi się i umiera, ale też sam przeżywa żałobę. Współcześnie śmierć została odarta z rytuałów, które pozwalają na przepracowanie straty w ramach wspólnoty. Nie widujemy już konduktów żałobnych na ulicach. Żałobnicy nie mają kontaktu z ciałami zmarłych. Opiekę nad nimi przejęły firmy. W tym kontekście „Bezmatek” jest książką jawnie przekraczającą tabu. Marcinów łamie niewypowiedziany zakaz mówienia o śmierci. Odsłania najbardziej intymny wymiar żałoby. Momentami ją wręcz erotyzuje. Opisuje traumatyczne doświadczenie z punktu widzenia córki bezgranicznie zakochanej w swojej matce. Także po jej śmierci.

„Bezmatek” jest książką pełną czarnego, chwilami groteskowego humoru. Bywają momenty, kiedy podczas lektury nie można przestać płakać i śmiać się. W jednej ze scen czytamy o tym, że w pokoju, w którym umierała matka, grała piosenka „Dni, których nie znamy” Marka Grechuty: „Nieodpowiedni soundtrack do umierania – komentuje narratorka. Zwłaszcza dla osoby niewierzącej w życie pozagrobowe. Czarny humor Radia Pogoda – stacji dla emerytów – które kilkanaście razy dziennie puszczało Grechutę. Z tego nie zdążyłyśmy sobie z matką pożartować”.

„Najczęstsze reakcje na śmierć matki to apatia, uzależnienie od substancji psychoaktywnych i promiskuityzm” – pisze Marcinów. Od takich zaskakujących zdań w „Bezmatku” roi się jak w ulu. Idą one na przekór współczesnego myślenia o żałobie. Coraz częściej już nie kapłani, ale terapeuci, czy profesjonalni „towarzysze śmierci” uczą, jak dobrze i „efektywnie” przeżyć żałobę. W „Bezmatku” na szczęście nie znajdujemy takich porad. Marcinów bezlitośnie parodiuje styl tabloidowych poradników („Umarła ci matka? Zobacz, co jeść, żeby szybko przejść żałobę” albo „Tak ją ubrali do pochówku. A tył? Koszmar!”).

Jeśli ta książka czegoś uczy, to że zmarli żyją z nami znacznie dłużej niż nam się wydaje. Nie ma ich, ale są. Mira Marcinów dała się wcześniej poznać jak autorka monumentalnej popularnonaukowej „Historii polskiego szaleństwa”. Jej nowa książka to kipiąca od emocji, znakomita, szokująco intymna literatura.

Zapraszam do obejrzenia mojej rozmowy z Mirą Marcinów.

Dodaj komentarz

Close Menu